Mystic Festival 2025 [4-7.06.2025]
Relacja

Mystic Festival 2025 [4-7.06.2025]

Marcin Kwieciński 8 maja 2026

Pomimo że skład Mystic Festival 2025 nie wydawał mi się tak mocny jak dwa lata temu (rok temu nie byłem), znalazło się tam kilka nazw, które naprawdę mnie elektryzowały i dla których chciałem tam pojechać ponownie. Miałem też w pamięci wspaniałą lokalizację festiwalu, doskonałą organizację, a skoro przy okazji mogłem jeszcze odwiedzić Bałtyk, to tym bardziej mnie to przyciągało.

Postarałem się więc ogarnąć wszystko logistycznie z pracą, żeby móc wyjechać już w środę. Miałem z tym kilka ciekawych i emocjonujących przygód — niektóre przeciągnęły się nawet na sam teren festiwalu, ale na szczęście już pierwszego dnia wszystko się ułożyło i wyjaśniło, więc mogłem w pełni oddać się festiwalowi. Oczywiście każdego ranka trzeba było zapewnić atrakcje rodzinie, którą zabrałem ze sobą do Gdańska, a która w festiwalu nie uczestniczyła. Zamiast leniuchowania czekała mnie więc każdego dnia wycieczka — czy to do Sopotu, czy do Władysławowa, czy do gdańskiego zoo — ale nie żałuję ani chwili.

Wejście w środę miałem bardzo nieprzyjemne. Kiedy odebrałem opaskę, rozpętała się taka ulewa, że już przy bramkach byłem przemoczony do suchej nitki, nawet mimo kurtki. Dostałem tym deszczem na starcie jak pasem po gołej dupie, a dorzucając do tego mały stres związany z ciągnącym się za mną tematem z pracy, nie byłem na początku w najlepszym sosie.

Wbiegłem na początku na Whitechapel, ale mnie nie porwało, a deszcz dodatkowo potęgował irytację. Nie wiem, co jest nie tak z tym zespołem, ale ten ich deathcore jest strasznie nudny. Nie za bardzo nawet chciało mi się ich oglądać, a zwykle pierwsze kapele, jakie widzę na festiwalach, śledzę z zainteresowaniem, cokolwiek grają. Podjąłem więc decyzję o zwiedzeniu terenu festiwalu i przeniosłem się bliżej jednego z wyjść, gdzie sprawdziłem pokaz wrestlingu — czego jeszcze nie widziałem na festiwalach. Ciekawa odskocznia od koncertów. Odpuściłem sobie Midnight, których widziałem dwa lata wcześniej na Obscene — trochę żałuję, bo podobno był to bardzo dobry występ, choć kilka osób padło ofiarami kieszonkowców. Następnie dostałem bardzo dobrą wiadomość z pracy i wyskoczyłem obejrzeć najbliższy rewir Stoczni (figury wystające z wody i takie tam), czego nie udało mi się zrobić dwa lata wcześniej. Ustrzeliłem parę fotek, łyknąć coś do picia i trzeba było zawijać się na Jerry’ego Cantrella, który był dla mnie największym magnesem pierwszego dnia — i trochę żal mi było, że pierwotnie planowałem odpuścić ten dzień, bo na pewno bym tego pożałował. Nie wiedziałem, że Cantrell nawiązał współpracę z Puciato z Dillinger Escape Plan — na początku nawet nie byłem pewien, czy to właśnie on stoi na scenie. Przez głowę przebiegła mi myśl, że to byłaby świetna kooperacja i że jego głos mógłby się doskonale sprawdzić w kawałkach Alice In Chains. Wszystko stało się jasne, kiedy zdjął okulary, a niedługo potem zabrzmiało „Would” — i wtedy już byłem pewien, że stawiając się pierwszego dnia podjąłem najlepszą możliwą decyzję. Poszwędałem się jeszcze na średni występ The Kovenant i anonimowy dla mnie Halocene, który również mnie nie porwał — szczególnie wykonywanie co chwilę coverów System Of A Down czy, co gorsza, Evanescence było dla mnie zupełnie niezrozumiałym pomysłem. Honor ratowania ostatnich występów pierwszego dnia przypadł Exodusowi, który naprawdę porwał swoim thrashem. Choć właściwie nie słucham tego zespołu z płyt, to kolejny raz na żywo dałem się kupić. Świetnie brzmiało, ciężko było zignorować energię emanującą ze sceny — był to chyba mój drugi raz z tą kapelą na żywo i znowu byłem w pełni usatysfakcjonowany. Po Exodusie jeszcze chwilę pozwiedzałem stoiska z merczem i postanowiłem na tym zakończyć pierwszy dzień.

Drugi dzień zaczął się dla mnie od końcówki koncertu Totenmesse, który ładnie pokiereszował uszy swoją brutalną wizją black metalu — bezkompromisowo nie tylko w głośnikach, ale i na samej scenie. Gdy skończyli, przeniosłem się obok sprawdzić, jak sobie radzą ziomale z Last Penance, którzy bardzo zacnie reprezentowali rodzimą scenę metalcore’ową. Dalej wskoczyłem na końcówkę Szwedów Imminence, obracających się w tym samym gatunku — uwagę przykuwało przede wszystkim nieoczywiste instrumentarium, bo wokalista poza mikrofonem zasuwał też partie na skrzypcach. Potem całkowita zmiana klimatu na Absu — surowy, staroszkolny, okultystyczny black metal przyciągnął na Shrine Stage całkiem sporo zwolenników takiego grania. Dawno nie miałem okazji słyszeć takiej muzyki na żywo, więc trochę sobie na tym postałem. Później razem z napotkanymi znajomymi udaliśmy się na Eagles of Death Metal obejrzeć trochę amerykańskiego rockowego grania, ale nie za długo, bo zaraz trzeba było mocno zagęszczać ruchy. Najpierw rewelacyjny Nile na scenie klubowej, który po prostu dewastował B90. Gdy wybrzmiało „Sacrifice Unto Sebek”, miałem wielką ochotę zostać na cały koncert, ale już wcześniej założyłem, że tego dnia — szczególnie w przeciągu najbliższych trzech godzin — będzie trzeba bardzo mocno lawirować między koncertami. Nie bez żalu ewakuowałem się więc na Turbonegro, który był dla mnie chyba największym topem tegorocznej edycji. Świetny dobór kawałków, wspaniałe brzmienie i show, jakie zapewnia tych kilku przyjemniaczków, sprawiły, że pokochałem ich jeszcze bardziej. Banan nie schodził z twarzy podczas takich szlagierów jak „Get It On”, „City of Satan” czy „Age of Pamparius„. Publika dopisała, chóralnie dośpiewując lub wyjąc w odpowiednich momentach. Wokalista co prawda ma inną barwę głosu i prezencję niż legendarny, zmarły cztery lata temu Hank von Hell — bardziej to brzmiało jak skandowanie niż próba podrabiania charakterystycznego falsetu — aczkolwiek dawał radę na tyle, że w żaden sposób nie zaburzyło mi to odbioru numerów. Na osobną historię zasługują prezencja i miny basisty Thomasa Seltzera, które były jednym z głównych gwoździ programu. Piękne to było — rock’n’roll na pełnej, z jajem i samymi pozytywnymi emocjami. Dalej na głównej scenie grało Bullet for My Valentine, ale ja miałem w tym czasie inne rzeczy na głowie. Najpierw wybyłem poza teren festiwalu, żeby przybić szybką piątkę z kumplem i posłuchać z nim Eldera zza płotu. Znaleźliśmy genialną miejscówkę, z której mogliśmy nie tylko słuchać kawałków tych stoner/doomowych mistrzów, ale i obczaić teren festiwalu z bardzo ciekawej perspektywy. Załapaliśmy się m.in. na genialne wykonanie „Sanctuary„, które zabrzmiało w takim momencie, jakby czas był skrojony na naszą miarę. Elder brzmiał bardzo dobrze, wszystko było selektywne, co nie pozostawiało żadnego niedosytu. Niestety nie dało się zostać na cały koncert Amerykanów, bo na Shrine Stage właśnie rozpoczynała set jedna z wisienek na torcie tegorocznej edycji — fiński Beherit. Poza Turbonegro to była jedna z nazw, które przyciągnęły mnie na tę edycję festiwalu. I było to prawdziwe spotkanie z muzyczną otchłanią. Ponury, wisielczy klimat znany z płyt tego zespołu w wersji live zyskał nowe życie — choć to określenie, biorąc pod uwagę ciężar zła, mroku i przytłoczenia, jest całkowicie nie na miejscu. Muzyka Beherit wspomagana elektronicznymi, noisowymi zabiegami, w anturażu sceny kompletnie skąpanej w mroku, z którego wyłaniały się niewyraźne sylwetki, w połączeniu z pojawiającymi się co chwilę nieludzkimi wokalami i pomrukami, była doznaniem absolutnie surrealistycznym i najbardziej ekstremalnym, jakie przyszło mi oglądać na tegorocznym Mystic. Po mrocznych wrażeniach z Beherit przyszedł czas na Suicidal Tendencies, który nieźle poczynał sobie na Park Stage. Bardzo sympatycznie się oglądało — dużo energii i fajnych momentów. Chyba najbardziej widowiskowe było zaangażowanie kilkunastu młodych maniaków do zrobienia małego młyna na scenie, co z dalszej odległości trochę przypominało to, jak wygląda scena na Obscene Extreme. Potem udaliśmy się na główną scenę na In Flames, choć sił delikatnie już zaczynało brakować — a przecież jeszcze powrót do centrum. Miałem nadzieję, że Szwedzi pograją trochę starszych rzeczy, ale setlistę zdominowały niestety nowsze utwory, które średnio znam i lubię — choć muszę przyznać, że ostatni album fragmentarycznie robi na mnie lepsze wrażenie niż kilka poprzednich krążków. Ze starszych rzeczy poleciały m.in. „Cloud Connected”, „Trigger” czy „Only for the Weak”. Nie były to jednak wykonania, które w jakiś sposób pobudziły mój sentyment. Po tak intensywnym dniu te dźwięki już do mnie nie trafiały — i generalnie na tej edycji niezbyt wiele występów na głównej scenie zrobiło na mnie wrażenie. Zdecydowanie lepiej odbierałem wszystko na scenie w parku. Ostatkiem sił wybrałem się jeszcze na Oranssi Pazuzu, które w B90 prezentowało kawał złowrogiej, negatywnej i dobrze brzmiącej sztuki, ale po dwóch kawałkach miałem już trochę dość i zacząłem zmierzać ku wyjściu. Na koniec obejrzałem jeszcze fragment koncertu Perturbatora, czyli przyjąłem dawkę synthwave’u, który mimo oprawy nieodbiegającej stylistycznie od reszty festiwalu (tło z pentagramem, mroczne kolory) był muzycznie bardzo odświeżający po całym dniu słuchania gitarowego rzężenia.

Dzień kolejny, czyli piątek, przyniosł małe komplikacje logistyczne i dotarcie na ostatnie chwile świetnego koncertu Hatebreed. Widziałem ten zespół już kilkukrotnie i ten fragment na Mystic Festival 2025 był jednym z lepszych, jakie widziałem w ich wykonaniu. Świetne brzmienie, dobrze brzmiący wokal Jameya Jasty (z tym bywa różnie), no i wspaniały kontakt z publicznością. Świetnie się to oglądało — tym bardziej że nad tłumem latała wielka piłka z logo zespołu, a na sam koniec zapodali „Destroy Everything” i cover Slayera „Raining Blood”. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie urwanie chmury właśnie podczas ostatnich utworów. Przyszła tak nagła pompa z nieba, że ze względu na liczbę ludzi wszystkie najbliższe miejsca pod dachem były już dawno zajęte. Schronienie znaleźliśmy dopiero gdzieś pod ostatnimi stoiskami z merczem. Byłem przemoczony do cna — piękny start trzeciego dnia, niejako powtórka z pierwszego. Gdy trochę doszliśmy do siebie, a opad ustąpił, udaliśmy się na Jinjer, za którym niespecjalnie przepadam — ta muzyka zupełnie nie trafia w moje struny, mimo że jest niby porządnie brzmiąca i skomponowana. Ten występ był dla mnie równie obojętny jak poprzednie ich występy, które wcześniej widziałem, więc przejdźmy dalej. Próbowaliśmy się potem dostać na Archgoat, który miał grać na Sabbath Stage, ale umieszczenie tego zespołu na najmniejszej scenie to była pomyłka organizacyjna. Jak się spodziewałem — chętnych było więcej niż miejsca. Nam udało się dobić do bariery wejścia do klubu i dalej już nie było mowy. Szkoda, bo bardzo chciałem ich sprawdzić na żywo. Stamtąd nie było słychać ani widać nic, więc ewakuowaliśmy się pod scenę w parku, gdzie grało Cradle of Filth. Nie jestem fanem, ale kiedy wcześniej trafiałem na nich w nocnej scenerii, potrafiłem się wkręcić w klimat. Jednak w świetle dziennym było to dla mnie kompletne nieporozumienie i kabaret. Twórczość Kredek jawiła się w tej scenerii jako całkowicie groteskowa i muzycznie nie byłem w stanie wyciągnąć z niej dla siebie absolutnie nic. Swoją drogą, w żadnym innym momencie festiwalu nie widziałem w tym miejscu tylu ludzi — to było istne apogeum ścisku i żeby się stamtąd wydostać, trzeba było spędzić jakieś 20 minut przepychając się z prądem tłumu. Po Brytyjczykach przyszedł czas na Szwedów z Opeth, których fragmentu koncertu na głównej scenie wysłuchałem z przyjemnością. Panowie świetnie wypadają na żywo i fantastycznie było posłuchać bardziej progresywnych, przestrzennych klimatów z echami rocka lat 70., które zgromadziły sporą rzeszę zwolenników pod główną sceną. W trakcie jednak trzeba było przenieść się na kolejną scenę, gdzie produkował się Eyehategod. Legenda sludge’u zaprezentowała się bardzo korzystnie — brudne brzmienie, punkowy feeling, nieoczywiste patenty opakowane w dziwaczne struktury zrobiły dobrze wszystkim zwolennikom dźwiękowej agresji. Potem przyszedł zmierzch i jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów: W.A.S.P. Obiecywałem sobie wiele, a dostałem jeszcze więcej. Legenda glam metalu zaprezentowała przede wszystkim cały materiał z debiutanckiej płyty z 1984 roku i zrobiła to w naprawdę magicznej formie. Muszę powiedzieć, że nawet jeśli wokalista wspomagał się playbackiem, to w tamtym momencie w ogóle mi to nie przeszkadzało. To była muzyka, której akurat potrzebowałem — i obok Turbonegro zapewniła mi największą dawkę wzruszeń. Nie dało się słuchać tego archaicznego metalu bez banana na twarzy — te wspaniałe solówki, chóralne zaśpiewy, rytmika i prowadzenie utworów, po prostu nie mogłem się od tego oderwać. Najjaśniejszym fragmentem, który chyba najbardziej wrył mi się w pamięć, była brawurowa solówka w „Sleeping (in the Fire)”. W.A.S.P. zadbał też o świetną scenografię z żywymi kolorami i tematycznymi malowidłami, co dawało jeszcze lepszy efekt. Brzmieniowo też była to klasa — kolejny dowód na to, że scena w parku pod tym względem nie miała sobie równych. Muszę przyznać, że trudy festiwalu dawały mi się już mocno we znaki i na King Diamond wybrałem się skrajnie zmęczony. I o ile trzy lata wcześniej koncert Mercyful Fate na Brutal Assault uważam za jeden z najlepszych w życiu, o tyle występ Kinga na Mistyku nie zrobił na mnie już tak dużego wrażenia. Z pewnością duże znaczenie miał fakt, że bardziej sobie cenię repertuar Mercyful Fate niż solową twórczość Króla Ciemności. Oczywiście można było uświadczyć wszystkiego, do czego Duńczyk zdążył nas przyzwyczaić — popis falsetów, przebierania, efektowna scenografia, pełen teatr z postacią na wózku inwalidzkim… Zwiałem jednak nieco wcześniej, żeby jeszcze z oddali spojrzeć na Blindead. Załapałem się nawet na utwór z ukochanego „Affliction” — „So, It Feels Like Misunderstanding When”. Brakowało mi tego zespołu bardzo i świetnie, że miałem okazję usłyszeć te dźwięki na żywo w takiej scenerii. Trochę przeszkadzał fakt, że nieopodal nadal produkował się King Diamond i jego falsety przebijały się z oddali, psując nieco odbiór. Mimo wszystko byłem usatysfakcjonowany kończąc ten dzień — poza Archgoat udało mi się zaliczyć wszystko, co sobie założyłem.

Sobota — dzień ostatni. Przyznam szczerze, że poprzednimi dniami byłem tak zmęczony i nogi wchodziły mi tak w tyłek, że musiałem się trochę przymusić, żeby dotrzeć na teren festiwalu o sensownej porze. Chciałem sprawdzić Skeletal Remains i udało mi się — świetnie brzmiący, staroszkolny death metal okazał się odpowiednim punktem na start ostatniego dnia. Udało mi się dotrzeć pod scenę na tyle blisko, że mogłem chłonąć te dźwięki w pełnej mocy. Później podskoczyliśmy do parku na Paleface Swiss, który wcześniej był dla mnie anonimowy, ale muszę przyznać, że zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie. Uwagę przykuwało przede wszystkim świetne, mięsiste brzmienie, które wspaniale uwydatniało się w breakdownowych partiach. Była to też fajna pora dnia — słońce sympatycznie operowało w okolicach sceny, więc oglądało się z przyjemnością. Potem trochę zza płotu posłuchaliśmy przyjemnego fragmentu koncertu Slomosa, by za chwilę przenieść się na Dark Tranquillity na główną scenę. Lubię sobie czasem puścić ich numery studyjne i ciekawiło mnie, jak wypadają na żywo. Niestety mnie nie porwało. Ten zespół jest dla mnie na żywo zbyt ugrzeczniony — brakuje tam jakiejś minimalnej dozy szaleństwa, która pozwoliłaby mi przetworzyć te dźwięki tak, jak bym sobie tego życzył. Niby klasyfikowany jako melodic death metal, ale dla mnie ma to niewiele wspólnego z death metalem. Na domiar złego spóźniłem się na mój ulubiony utwór z ich nowej płyty („Unforgivable”), a „Final Resistance” nie zagrali w ogóle. Zaraz po nich na scenie w parku rozstawił się Vader z setem opartym o numery z „Litany”. Mam spory sentyment do tej płyty — wychodziła mniej więcej w czasie, gdy zaczynałem się interesować taką muzyką, więc siłą rzeczy jest mi bliska. Nie zawiodłem się. Dobrze naoliwiona maszyna dowodzona przez Petera, wspierana dodatkowo przez byłego członka grupy — Mausera jako trzeciego gitarzystę — precyzyjnie wymierzała ciosy licznie zgromadzonej publice. „Litany” to płyta o dużej intensywności i ekstremalnych tempach, więc młockarnia była niesamowita, a jednocześnie bardzo dobrze zrealizowana technicznie i brzmieniowo. Po secie z „Litany” przyszedł też czas na kilka numerów spoza albumu — znalazło się m.in. miejsce na „Dark Age”, „Carnal” czy „Unbending”, hymn tegorocznej edycji Mystic Festival. Występ Vadera był z pewnością jednym z jaśniejszych punktów tego dnia. Warto nadmienić, że wcześniej zorganizowany był publiczny wywiad z liderem grupy przeprowadzany przez Jarosława Szubrychta, a przez cały festiwal udostępniona była wystawa poświęcona Vaderowi — obejmująca merch, instrumenty, wydawnictwa, instalacje, wycinki z gazet i wiele innych. Wracając do programu — przenieśliśmy się na chwilę na Apocalyptikę, oczywiście trafiliśmy na jakiś cover Metalliki, i z oddali sprawdziliśmy, jak to brzmi. Nie jestem fanem, więc nie zabawiliśmy tam długo i przeszliśmy na Monster Energy Desert Stage obejrzeć fragment Pentagram. Był to bardzo sympatyczny koncert — oczywiście największą furorę wzbudzała postać memicznego wokalisty, ale i muzycznie trafiały do mnie dźwięki tego kolejnego reprezentanta archaicznego metalu, prawdopodobnie najstarszej kapeli, jaką przyszło nam oglądać na tej edycji. Zaraz po Pentagram miał zacząć się Blood Fire and Death — Tribute to Bathory, na który bardzo się nastawiałem. Jednak w międzyczasie na scenie w B90 produkował się Municipal Waste, więc wpadliśmy na chwilę zobaczyć, co się tam dzieje — i utknęliśmy na dłużej. Atmosfera, jaką zrobił ten zespół, nie powinna być zaskoczeniem: totalny rozpierdol i jeden z najlepszych występów tegorocznej edycji. Kolesie zrobili genialne show ze świetnym kontaktem z publicznością, zabawnymi gadkami, a brzmieniowo też byli ukręceni. Totalny żywioł — wokalista to jeden z lepszych konferansjerów w standardach metalowych. Luz, humor i świetnie odegrany thrash/crossover sprawiły, że chciało się zostać do końca, ale Tribute to Bathory jawiło się jako coś jednorazowego i trzeba było podjąć dramatyczny wybór. Tribute to Bathory okazał się wspaniałym spektaklem — zupełnie innym, ale muzyka Bathory odgrywana przez tuzy sceny blackmetalowej na najlepiej brzmiącej scenie festiwalu robiła ogromne wrażenie. Skład zmieniał się — poza głównym składem, w którym znaleźli się m.in. muzycy Watain, Enslaved, Emperora czy Aura Noir, dołączali też Attila z Mayhem czy Nergal (niezbyt entuzjastycznie witany przez polską publiczność). Na scenie było dużo ognia, instalacje nawiązujące do okładek płyt Bathory i oczywiście takie hiciory jak „Shores in Flames”, „Blood Fire Death” czy „Woman of Dark Desires”. Wykonania były w mojej ocenie świetne — bardzo dobrze brzmiące, dopracowane i wielowarstwowe. Myślę, że muzycy udowodnili, że projekt był uzasadniony i że dobrano do niego odpowiednich ludzi. Osobiście liczyłem jeszcze na tytułowy numer z „Twilight of the Gods”, ale niestety nie znalazł się w repertuarze. Ten koncert zbliżał nas już nieubłaganie do końca festiwalu. Udaliśmy się pod główną scenę, gdzie pożegnalny set wykonywała Sepultura. Mimo zatrzęsienia przebojów („Beneath the Remains”, „Inner Self”, „Dead Embryonic Cells”, „Territory”, „Refuse/Resist”, „Arise” czy „Roots Bloody Roots” na sam koniec) nie był to koncert rzucający na kolana. Brakowało tym wykonaniom mocy, na której Sepultura zbudowała swoją markę. Od zespołu z taką nazwą wymagałoby się czegoś potężniejszego. Poszedłem jednak bez większych oczekiwań i mimo wszystko fajnie było posłuchać tych kawałków na żywo w dobrym towarzystwie. Jasną stroną były bogate i całkiem ciekawe wizualizacje przewijające się przez większość koncertu. Byłem już ekstremalnie padnięty, ale na koniec festiwalu zostały jeszcze dwie nazwy do odhaczenia. Pierwsza: I Am Morbid. Dotarłem tam w połowie występu i byłem szczęśliwy, że załapałem się na „Immortal Rites” i zaraz potem „Maze of Torment”. Uwagę przykuwało naprawdę doskonałe brzmienie — potężne, zbasowane, z zajebistą dawką mocy. Vincent też robił dobre wrażenie jako mistrz ceremonii. Ten fragment zapamiętam na pewno na dłużej, bo mam bardzo duży sentyment do twórczości Morbid Angel — trochę żałowałem, że nie poszedłem od początku, zostając z ekipą na ostatnie kawałki Sepultury (oczywiście zostawili największe hity na koniec). Udając się do wyjścia trafiłem jeszcze na fragment Tiamat, akurat wykonujący tytułowy numer „Wildhoney”, a następnie „Whatever That Hurts”. Nie jestem fanem, ale przystanąłem na chwilę, bo całkiem dobrze było to wykręcone brzmieniowo. Edlund nie wyglądał na okaz zdrowia i trochę fałszował, ale i tak wyglądało i brzmiało to lepiej, niż się spodziewałem. Nie katowałem się jednak do końca — nastąpiło ostatnie pożegnanie ze znajomymi i ewakuacja.

Mystic Festival 2025 był wspaniałym wydarzeniem i, cytując klasyka, nie zapomnę go nigdy — ale jednocześnie tak wykańczającym fizycznie, że na koniec cieszyłem się, że to już koniec i jestem wolny. Masa świetnych przeżyć muzycznych i towarzyskich, jednak nieprzebrane tłumy, kaprysy pogody, niezbyt wiele miejsc do odpoczynku na terenie festiwalu i napięty grafik sprawiały, że Mystic był naprawdę wymagającym wyzwaniem. Wszystko to było jednak warte wysiłku — niesamowita lokalizacja, wspaniale dopracowane brzmienie wielu koncertów, świetna organizacja, niezwykle bogaty i zróżnicowany skład, wiatr od morza — to tylko niektóre z elementów, które sprawiają, że chce się na ten festiwal wracać.

 

Znalazłeś błąd lub chcesz zaproponować poprawkę?

Napisz do redakcji
Plakaty

Promowane plakaty