Pallbearer/Toń/Yardburn [Hydrozagadka, Warszawa – 23/05/2025]
Relacja

Pallbearer/Toń/Yardburn [Hydrozagadka, Warszawa – 23/05/2025]

Marcin Kwieciński 7 maja 2026
Można powiedzieć, że koncert Pallbearer 23 maja 2025 roku w warszawskiej Hydrozagadce był dla mnie wydarzeniem o znaczeniu priorytetowym. Od dłuższego czasu uważam ten zespół za swoją absolutną czołówkę, szczególnie w wydaniu koncertowym, gdzie ich potęga brzmienia nabiera niesamowitego wymiaru. Głównym motywatorem była jednak pierwsza okazja usłyszenia na żywo materiału z ich najnowszego wydawnictwa „Mind Burns Alive”, a możliwość skonfrontowania studyjnych niuansów z surową, klubową energią była dla mnie punktem obowiązkowym w tegorocznym kalendarzu muzycznym.

 

Przebijanie się przez Warszawę z zachodniego brzegu Wisły na drugą stronę zajęło mi tego popołudnia zdecydowanie więcej czasu, niż pierwotnie zakładałem, choć trzeba przyznać, że majowa, niemal piknikowa aura wyjątkowo sprzyjała tej wymuszonej wędrówce przez miasto. Celem była dobrze mi znana Hydrozagadka, klub o ugruntowanej renomie, ale też specyficznej lokalizacji w sercu starej Pragi przy ulicy 11 Listopada. Ta dzielnica niezmiennie utrzymuje swój surowy, momentami wręcz turpistyczny klimat, gdzie zabytkowe kamienice sąsiadują z bramami tętniącymi bardzo konkretnym, często patologicznym lokalnym życiem. Majowy wieczór sprawił, że idąc w stronę klubu, mijało się całą galerię praskich oryginałów, ludzi o specyficznej aparycji oraz uczestników okolicznych imprez, co w połączeniu z zapachem wiosny tworzyło bardzo osobliwe tło. 

 

Niestety, warszawskie zatory komunikacyjne sprawiły, że na występ Yardburn nie zdążyłem, co przyjmuję z pewnym niedosytem, biorąc pod uwagę ich ciekawą mieszankę punka, country i alternatywnego metalu. Do klubu wszedłem w momencie, gdy scenę miała przejąć już grupa Toń. Był to mój pierwszy kontakt z tym zespołem. Grupa zaprezentowała zestaw dźwięków zawieszony między doom/stoner metalem, post-rockiem a folkiem. Ich występ oceniam jako solidną rozgrzewkę, która dobrze przygotowała grunt pod danie główne. Brzmienie było bardzo fajne, selektywne na tyle, by docenić warsztat muzyków, a zespół sprawnie budował gęstą, momentami psychodeliczną atmosferę. Szczególnie pozytywnie zapadło mi w pamięć wykonanie utworu „Las, głaz, ćma”, gdzie chwytliwe i dynamiczna konstrukcje numeru i przejmujący wokal Moniki Adamskiej-Guzikowskiej wybrzmiały z dużą siłą i autentycznością. Niemniej jednak, w ich secie zdarzały się momenty, które nie do końca ze mną rezonowały, pewne fragmenty wydawały się nieco zbyt rozmyte lub niespójne pod względem ogólnego wydźwięku, co sprawiło, że choć generalnie występ mi się podobał, to nie był on dla mnie do końca kompletny. Może potrzebuję więcej czasu, żeby się przez ich twórczość przegryźć. 

 

Prawdziwa muzyczna celebracja i wejście w inny wymiar ciężaru zaczęły się jednak wraz z pojawieniem się Pallbearer. Warto zaznaczyć, że był to już mój trzeci koncert tej formacji i wcale nie mam dość ich twórczości; wręcz przeciwnie, każde kolejne spotkanie z ich muzyką na żywo to dla mnie prawdziwy miód dla uszu, sprawiający, że będę wracał tak często, jak tylko nadarzy się okazja. Koncert miał niezwykle kameralny charakter, zgromadził prawdopodobnie w okolicach stu osób, co w przestrzeni Hydrozagadki stworzyło unikalne warunki do odbioru tej muzyki. Mając muzyków dosłownie na wyciągnięcie ręki, można było odnieść wrażenie uczestnictwa w czymś ekskluzywnym i bardzo osobistym. Brzmienie tego wieczoru było po prostu wymarzone, idealnie zbalansowane między przygniatającą masą riffów a krystaliczną czystością partii melodyjnych. To była czysta rozkoszowanie się dźwiękiem, gdzie każdy akord miał swoją wagę i odpowiednią przestrzeń do wybrzmienia.

 

Wieczór otworzyło monumentalne „Silver Wings” – dwunastominutowy kolos, który od pierwszych sekund zdefiniował ton całego koncertu, łącząc powolne, pełzające tempo z kunsztownymi fragmentami. Następnie zespół płynnie przeszedł do nowszej kompozycji, prezentując „Where the Light Fades”, ale następnie wrócił do numeru z „Forgotten Days” („Caledonia”). Numery te na żywo zyskały dodatkową głębię, pokazując ewolucję grupy w stronę bardziej piosenkowych, choć wciąż niezwykle ciężkich form. Jednym z najmocniejszych punktów programu był bez wątpienia utwór „The Ghost I Used to Be”, w którym ekspresja gitar i wokalna pewność Bretta Campbella osiągnęły wspaniały poziom, przypominając o potędze ich wcześniejszych dokonań. Kolejne numery, takie jak „Signals” i hipnotyzujące „Given to the Grave”, tylko pogłębiały te odczucia.

 

Szczególne zachwyty wzbudziło u mnie wykonanie wspomnianego wcześniej utworu z nowej płyty, „Where the Light Fades”, który w tak intymnej przestrzeni wybrzmiał wyjątkowo szczerze, obnażając chyba nieznane wcześniej oblicze zespołu. Następnie powróciliśmy do potężnych riffów w „Worlds Apart”, które dosłownie zatrzęsły murami Hydrozagadki. Na zakończenie, jako bis, dostaliśmy „Thorns”, co stanowiło potężne, emocjonalne domknięcie całego wieczoru. Ciężar tego utworu, połączony z niesamowitą precyzją wykonawczą, pozostawił mnie w stanie absolutnego nasycenia.

 

Pallbearer udowodnił, że jest formacją potrafiącą przekuć melancholię i zadumę w dźwięki o ogromnej masie, nie tracąc przy tym ani na moment muzycznej szlachetności. Był to koncert genialny pod każdym względem, stanowiący definicję tego, jak powinien wyglądać współczesny, wręcz progresywny doom metal w swoim najgłębszym wydaniu.

 

Znalazłeś błąd lub chcesz zaproponować poprawkę?

Napisz do redakcji
Plakaty

Promowane plakaty