Obscene Extreme 2024
Relacja

Obscene Extreme 2024

Marcin Kwieciński 4 maja 2026

Jubileuszowa, dwudziesta piąta edycja festiwalu Obscene Extreme w Trutnovie, zbiegająca się z pięćdziesiątymi urodzinami jego pomysłodawcy, Miloslava „Čurby’ego” Urbaneca, stanowiła istotny sprawdzian dla europejskiej sceny ekstremalnej. Niestety obowiązki związane z pracą skutkowały spóźnionym przyjazd pod koniec środy i niemożność odbioru wejściówek wykluczyły udział w kluczowych setach Sabbat, Gruesome, Dropdead oraz Devourment. Zabraliśmy ekipę, która z naszego miasta dotarła wcześniej na kwaterę do Svobody nad Upou, która oddalona jest od Trutnova o kilkanaście kilometrów. Po dotarciu posiedzieliśmy jeszcze w bardzo dobrym humorze do późnych godzin nocnych, a nazajutrz jeszcze po obowiązkowym odwiedzeniu sklepu, pełni werwy udaliśmy się na dworzec, z którego pociągiem udaliśmy się do miasta festiwalu.

Właściwie zatem festiwal rozpoczął się dla części naszej ekipy zatem w czwartek od występu Beaver Fever. Kanadyjski projekt Tsunami Nagasaki, oparty na zaprogramowanej perkusji, był bardziej ciekawostką, gdzie brak organicznego brzmienia spłycał kompozycyjną warstwę, ale tak czy inaczej miło się to oglądało na start imprezy.  Znacznie wyższy poziom profesjonalizmu zaprezentowała francuska ekipa Whoresnation, którą mieliśmy okazję zobaczyć jako następną. Ich set charakteryzował się ekstremalną szybkością i bezkompromisowością po linii Insect Warfare. Bardzo dobrze rozgrzał publikę spragnioną tego rodzaju dźwięków. Włoskie Putridity postawiło na brutalną precyzję; mimo początkowej dominacji basu, dźwięk ewoluował w stronę czytelnej, technicznej rzezi. Gutalax z kolei, świętując piętnastolecie, przekształcił scenę w taneczny plac zabaw; ich „gore’n’rollowa” formuła z elementami disco, mimo swojej estetyki, była wykonana z pełnym profesjonalizmem. Największym rozczarowaniem, biorąc pod uwagę status zespołu, okazał się dla mnie Dying Fetus. Brzmienie ich występu było tragiczne, pozbawione selektywności, co całkowicie zdusiło techniczny kunszt, z którego to trio słynie. Bardziej podobał mi się występ Napalm Death, szczególnie publika stanęła na wysokości zadania, młyn pod sceną był niesamowity. Sam koncert miał lepsze i gorsze momenty, nie do końca byłem usatysfakcjonowany próbami czystych zaśpiewów Barneya, ale puśćmy to już w niepamięć.

Piątek przyniósł szereg koncertów o naprawdę wysokiej jakości, w tym brazylijskie Escarnium, które zaserwowało gęsty, ciemny death metal, który mimo wczesnej pory obronił się dzięki swojej intensywnej, misantropijnej strukturze i całkiem dobrym brzmieniu. Austriacki Distaste zaprezentował death/grind o niesamowitym ciśnieniu, gdzie precyzja i techniczna sprawność zespołu postawiły ich w mojej ocenie w ścisłej czołówce festiwalu. Echa Nasum, Misery Index z wyraźnymi wpływami black metalu w naprawdę brutalnym sosie, to bardzo ciekawa konstrukcja. Równie rzetelny kunszt pokazał Rebaelliun, którego bluźnierczy death metal osadzony w tradycji Krisiun brzmiał potężnie i nienagannie technicznie. Szwedzki The Arson Project uderzył grindcore`m charakterystycznym dla tego kraju, a jestem dużym zwolennikiem tego stylu, więc byłem bardzo usatysfakcjonowany.  Nie można zapomnieć o polskim Meat Spreader, gdzie old-schoolowe riffy przesterowane do maksimum w połączeniu z doświadczeniem muzyków Neuropathii i ex-Dead Infection. stworzyły spójną, goregrindową wizję. Powracający na jeden show Rompeprop, którego niesamowity, krwawy show wciągnął publikę w taneczne pasaże i stworzył świetne widowisko pełne czarnego humoru i groteski. Jednak dla mnie to Wolfbrigade zdefiniował pojęcie najwyższej jakości tego festiwalu. Jako królowie szwedzkiego d-beatu, zaprezentowali wspaniały set, w którym punkowa motoryka łączyła się z metalowym ciężarem i charakterystycznymi melodiami, tworząc genialne widowisko, dla mnie osobiście najlepszy fragment tego dnia. Piątkowy wieczór dopełniło nowojorskie Immolation. Ich występ był pokazem technicznej błyskotliwości; dysonansowe riffy Boba Vigny i głęboki growl Rossa Dolana potwierdziły status zespołu jako jednej z najlepiej zgranych deathmetalowych maszyn koncertowych na świecie.

Sobotnie występy rozpoczęły się dla mnie od niemieckiego Acranius, który mimo poprawnego warsztatu, irytował obsługę sceny brakiem dyscypliny czasowej i nieustalonymi bisami. Kolejnym punktem szczytowym było Analepsy, prezentujące nowoczesne, międzynarodowe podejście do slamu, łączące ekstremalną egzekucję dźwiękową z bardzo dużym polotem. Kolumbijskie Internal Suffering potwierdziło swoją klasę dzięki technicznemu brutal death metalowi o niesamowitym tempie, który był pokazem czystej, bezlitosnej sprawności. Południowo-afrykański Groinchurn, wracający na scenę po latach, dostarczył oryginalnej, groovy muzyki z pogranicza grindu i hardcore’u, dość osobliwa muzyka na tle całej reszty tego dnia, ale jednocześnie bardzo sympatyczny występ. Holenderskie Inhume uczciło trzydziestolecie ultra-brutalnym death/grindem, który w swojej destrukcyjnej formie też nie brał jeńców. Szwedzki Birdflesh oraz niemiecki Blood dostarczyli rzetelnej, grindcore’owej młócki, a następnie goregrind w kitlach w najlepszym wydaniu zaprezentował hiszpański Haemorrhage z Lugubriousem na czele. Finałowy triumf należał jednak do Autopsy. Chris Reifert za perkusją i te charakterystyczne, chropowate, miażdżące gitary, odpowiedzialne za rozwój nowych kierunków gatunku udowodniły mistrzostwo w fachu death metalu, choć narastająca ulewa pod koniec występu Amerykanów wymusiła nagłe zakończenie festiwalowej przygody i powrót do kraju.

Ponad warstwą czysto muzyczną, Obscene Extreme 2024 utrzymał swój unikalny, rodzinny klimat, rzadko spotykany na imprezach o takim stopniu ekstremy. Socjologiczna obserwacja tłumu ujawniała ogromną liczbę przebierańców i specyficzną atmosferę „obscene masquerade”, która jest nierozerwalnym elementem tego wydarzenia. Logistyka żywieniowa stała na wysokim poziomie; szeroki wybór jedzenia, liczne opcje wegańskie i wegetariańskie, takie jak pizza prosto z pieca, burgery czy specjały z tofu, pozwalał na regenerację sił w warunkach polowych. Mimo kaprysów pogody i organizacyjnych potknięć pierwszego dnia, dwudziesta piąta edycja potwierdziła, że trutnovskie „Bojiště” pozostaje miejscem o unikalnej energii, gdzie specyficzny etos festiwalowy tworzą jakość niemożliwą do podrobienia na żadnym innym wydarzeniu tego nurtu.

Znalazłeś błąd lub chcesz zaproponować poprawkę?

Napisz do redakcji
Plakaty

Promowane plakaty