Kiedy dowiedziałem się, że Mystic Festival zmienia lokalizację i że będzie to ostatnia edycja w genialnej miejscówce, jaką jest Stocznia Gdańska, uznałem, że trzeba spróbować się tam pojawić i zaznać tego klimatu najprawdopodobniej ostatni raz.
Samo zorganizowanie wyjazdu, spakowanie rodziny, naprawa auta na ostatnią chwilę i domykanie terminów w robocie tuż przed odjazdem do Gdańska to był logistyczny, brutalny death metal. Niestety, mimo pierwotnych planów dotarcia na miejsce wcześniej, od dłuższego czasu wiedziałem, że Warm-Up Day spędzę co najwyżej duchem. Najbardziej interesowały mnie reaktywowany Damnation oraz szwedzkie legendy Grave i Unleashed, które zebrały zresztą mieszane opinie — koniec końców nie było mi więc aż tak mocno żal (tym bardziej że mam te kapele już dawno „odfajkowane”). Ominął mnie też duński Neckbreakker, który dość obiecująco prezentuje się na płytach. Grave podobno padło ofiarą fatalnego nagłośnienia na Desert Stage, a i u Unleashed coś nie banglało brzmieniowo.
Moja właściwa przygoda z Mystic Festival 2026 zaczęła się w czwartek, gdy — po dwóch godzinach snu, wyczerpującej drodze za kierownicą, szybkim przywitaniu się z Zatoką Gdańską na plaży w Stegnie, zameldowaniu w apartamencie i pośpiesznym spacerku przez miasto — przekroczyłem w końcu zardzewiałe bramy Stoczni.
Czwartek: Od indyjskiego słońca po kosmiczny trans
Festiwal zacząłem od Bloodywood na Park Stage i trzeba przyznać, że Hindusi wnieśli dawkę pozytywnej energii. Tradycyjne instrumentarium w połączeniu z nowoczesnym podejściem to grania sprawiły, że przystanąłem tam na dłuższą chwilę. Dwóch wokalistów, bardzo energiczne i dopieszczone brzmieniowo, dość oryginalne dźwięki ze względu na lokalne naleciałości, ale też sporo czystych, wręcz popowo brzmiących, partii wokalnych— co może zwiastować spory sukces komercyjny tego zespołu (o ile już nie mamy z nim do czynienia). Nie znałem tego wcześniej, trochę nie moja para kaloszy, ale w trakcie występu nawet przypomniałem sobie, że ktoś mi ten zespół kiedyś pokazywał.
Podczas tego setu namierzałem ziomków, którzy byli już na miejscu. Gdy to się udało, wybraliśmy się na The Void, by zebrać piękny wpierdol od Escuela Grind. Ich wokalistka to czysty żywioł, a cały zespół zaserwował na tej małej scenie istne tornado. Pięknie zróżnicowane tempa — od blastów i punkowych beatów po miażdżące zwolnienia — w połączeniu z doskonałym brzmieniem wywoływały entuzjastyczne reakcje publiki. Piękne brzmienie werbla, zawodowo przesterowane gitary, świetna barwa i dynamika wokalu, bardzo dobry kontakt z widownią, autentyczność i serdeczność bijące ze sceny — tutaj wszystko było na swoim miejscu. Byłem bardzo zaskoczony tym koncertem i jego mocą, można nawet powiedzieć, że przez te kilkadziesiąt minut na The Void unosił się duch Obscene Extreme. I muszę przyznać, że pomny wrażeń z występu Escuela Grind, z pewną rezerwą obserwowałem kolejne sety — i do ostatniego koncertu tego dnia żaden z nich nie zrobił mi takiego kuku.
Kolejny na liście był Decapitated. Mimo że ich obecna twórczość średnio mnie interesuje, liczyłem na co najmniej dobre brzmieniowo wykonanie — w końcu grali na Park Stage, gdzie wielu zespołom udawało się osiągać imponujące rezultaty pod tym względem. Tutaj jednak coś poszło nie tak: brzmienie było zamulone, trochę jak zza ściany, bez odpowiedniego natężenia wyrazistości i mocy. Kontrast z tym, co odbyło się chwilę wcześniej na The Void był na tyle duży, że odpuściłem po trzech, czterech numerach. Setlistę zdominowały utwory z dwóch ostatnich płyt; ze starszych rzeczy poleciały „Spheres of Madness” i „Winds of Creation”, na które już nie doczekałem. Zdążyłem przynajmniej załapać się na „A Poem About an Old Prison Man”. Nie rozumiem jednak, jak mając na koncie taką płytę jak „The Negation”, można nie wrócić do niej choćby na jeden numer. Nie jestem też do końca przekonany do nowego wokalisty — niby radzi sobie z repertuarem bez zarzutu, barwa głosu zbliżona do poprzednika, ale jakoś na razie wizerunkowo nie do końca wpasowuje mi się w pejzaż tego zespołu. Może z biegiem czasu to się zmieni, zobaczymy.
Anthrax oglądałem bardziej z oddali, skupiając się na integracji z napotkanymi mordeczkami. Nigdy mnie specjalnie nie porywali i nie rozumiałem ich fenomenu — ten koncert tego wrażenia nie zmienił, choć zgromadził sporą rzeszę fanów świętujących thrash metal.
Niedługo potem pojawił się dylemat: Marduk czy Cavalera? Marduk miał co prawda zacząć pół godziny wcześniej, więc dylematu być nie powinno — ale Szwedzi uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozpoczęcie występu równo z braćmi Cavalera. Trzeba było więc wybierać. Uznaliśmy, że sprawdzimy najpierw braci, a na Desert Stage zajrzymy później. Panowie — których nie trzeba przedstawiać — zaserwowali na Park Stage przede wszystkim materiał z „Chaos A.D.” opatulony w szorstkie, surowe brzmienie, które jednak miało swój urok. W miejscu, gdzie stałem, szczególnie uwagę przykuwało specyficzne, „antynowoczesne” brzmienie basu. Poleciały szlagiery: „Refuse/Resist”, „Slave New World”, „Amen”, „Propaganda”, a także cover New Model Army — po którym przenieśliśmy się pod Desert Stage sprawdzić, czy Marduk się już zdecydował zagrać. Okazało się, że owszem, ale stałem chyba zbyt daleko od sceny, by w pełni czerpać z potencjału tego koncertu. Miałem wrażenie, że brzmienie jest stłumione, a fragment koncertu, na który natrafiliśmy, nie ma „prędkości”. Nie można jednak było zignorować mroku, posępności i pesymizmu atakujących ze sceny. Koncert zebrał raczej dobre opinie, więc z odpowiednim nastawieniem na pewno można było się przy tym rozerwać. Ja z kolei chyba nie miałem tego dnia ani potrzeby, ani siły, by głębiej zaglądać w otchłań.
Zaliczyłem jeszcze fragment Belphegor, który ciekawie udekorował scenę w B90 swoimi bluźnierczymi instalacjami, ale muzycznie Austriacy nigdy mnie nie przekonywali. Niby poprawny, dobrze ukręcony brzmieniowo black/death, lecz nie przytrzymał mnie dłużej niż dwa numery. To rzetelne rzemiosło i show, ale nie granie powodujące opad szczęki.
Dalej był Megadeth. Dave Mustaine, mimo że odebrał na scenie złotą płytę, całkowicie zawiódł wokalnie — raz piał jak kogut, raz mamrotał coś pod nosem; momentami był to naprawdę przykry obraz, ale chłop ma już swoje lata, więc nie ma co się pastwić. Instrumentalnie natomiast nie było się do czego przyczepić — wykonawczo bardzo wysoki poziom. Szczególnie wyróżniał się pochodzący z Finlandii Teemu Mäntysaari na drugiej gitarze — wyczyniał cuda, wręcz był jednym z najjaśniejszych punktów koncertu. Zespół zaprezentował przekrojową setlistę z ponadczasowymi hitami: „Tornado of Souls”, „Hangar 18″, „Skin o’ My Teeth” czy „Sweating Bullets”. Nie zabrakło też rytuałów związanych ze wspólną historią Mustaine’a i Metalliki — poleciały „Mechanix” oraz „Ride the Lightning”.
Dzień zamknąłem w całkowitym transie z Blood Incantation, którzy odegrali „Absolute Elsewhere” w całości. To był kosmiczny, hipnotyczny spektakl przenoszący w inny wymiar — jeden z absolutnych highlightów całego Mystic Festival 2026, a dla mnie osobiście najlepszy moment festiwalu. Ze sceny biła magia i elegancja szczególnie, gdy wybrzmiewały nastrojowe fragmenty odwołujące się do twórczości Tangerine Dream czy Pink Floyd, które z gracją przechodziły w wysokiej klasy, amerykański death metal. Występ Amerykanów był niesamowicie wciągający i uzależniający — miałem wrażenie, że im dalej w las, tym lepiej. Wykonanie perfekcyjne, wręcz wirtuozerskie, brzmienie jak z płyty, zero fałszów przy czystych partiach. Po odegraniu całego albumu zespół zapowiedział „Vitrification of Blood” ze „Starspawn”, odwołując się do dziesiątej rocznicy swoich pierwszych polskich występów, kiedy grali jeszcze w piwnicach dla garstki fanów. To był niezapomniany spektakl i koncert, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci — myślę wręcz, że najlepszy, jaki widziałem na tej edycji, a może i na wszystkich trzech, na których gościłem. Absolutny diament.
Piątek: Błotniste rytuały i soniczny terror
Piątek przyniósł przede wszystkim deszcz i nowoorleański ciężar. Dzień zacząłem od rodzimej nadziei technicznego death metalu — Species, prezentującego granie wyraźnie inspirowane klimatami Atheist, Cynic czy późnego Death. Fragment, który udało mi się zobaczyć, oceniam bardzo pozytywnie: zespół sprawnie radził sobie na żywo z połamańcami, które skomponował, ale nie wypowiem się szerzej, bo widziałem ich bardzo krótką chwilę.
Czasu starczyło mi chyba tylko na jeden numer, bo na sąsiedniej scenie za chwilę miał zaczynać Gatecreeper — jeden z głównych motywatorów mojej obecności na tej edycji Mystic Festival. Widziałem ich już wcześniej podczas doskonałego występu na Obscene Extreme, więc tym bardziej byłem ciekawy, jak zaprezentują się na Park Stage.
Występ zainaugurowało puszczone w tle „It’s My Life” Bon Jovi, po czym pięciu gości w strugach deszczu zaserwowało swój wspaniały death metal ze szwedzkim posmakiem. Uwielbiam ich brzmienie i zwolnienia, a nagłośnieniowiec stanął na wysokości zadania. Mimo intensywnego opadu i stosunkowo wczesnej pory pod sceną zebrało się sporo ludzi głodnych tych dźwięków. Zespół rozpoczął standardowo od „Craving Flesh” — wspaniałym otwieraczem z przepięknym, złowrogim, klasycznoszwedzkim zwolnieniem w środku. Potem walec w postaci „Ruthless” z wcześniejszego CD „Deserted”, a następnie kilka numerów z ostatniej płyty: „Dead Star”, „A Chilling Aura”, „The Black Curtain”, „Mistaken for Dead”. Oprócz świetnie skrojonej muzyki panowie znakomicie prezentują się na żywo — niby nie robią nic spektakularnego, ale stale starają się nawiązywać kontakt z publicznością, a ich ruchy sceniczne i prezencja idealnie współgrają z dźwiękami. Dla mnie podium w rankingu tegorocznej edycji.
Potem Black Tusk swoim brudnym, punkującym sludgem trochę rozgonił chmury, ale spędziłem przy nich tylko chwilę, bo w B90 zaraz miał rozpocząć Severe Torture — holenderska propozycja dla fanów amerykańskiego death metalu po linii Suffocation czy Deeds Of Flesh. Bardzo ich lubię z płyt i pierwszy raz miałem okazję ich zweryfikować na żywo- techniczne, przemyślane i precyzyjne granie z niemałą porcją blastów, bez zbędnych ceregieli. Trochę liczyłem na lepsze brzmienie, ale nie było źle. Tego rodzaju grania na Mystiku niestety na każdej edycji jest jak na lekarstwo, więc i tak cieszyłem się z możliwości sprawdzenia tej formacji. To jest pewna luka do zapełnienia na kolejnych edycjach, bo z pewnością znalazłoby się sporo amatorów głodnych właśnie takich dźwięków czy death metalu ze slamowym zacięciem.
Zerwałem się jakoś w połowie ich setu, żeby złapać końcówkę Coronera. Trafiłem na „Renewal” z ostatniej płyty i było to naprawdę imponujące wykonanie. Dynamika technicznego thrashu z progresywnym zacięciem, w połączeniu z bardzo dobrze wykręconym brzmieniem, siadła mi na tyle, że trochę żałowałem, iż nie zdążyłem na wcześniejszą część — choć podobno zdarzały się jakieś problemy techniczne z nagłośnieniem gitary.
Później wypad pod główną scenę, gdzie swój set rozpoczął Corrosion of Conformity. W muzycznym tyglu tej formacji mieszają się amerykański rock, stoner, sludge i hardcore punk. Uwagę przykuwała przede wszystkim żywiołowość koncertu — bardzo energiczny set, dużo skandowania, pełnego pasji zacięcia. Mimo paskudnej aury ten koncert wprowadził pod strzechy Mystic Festivalu sporo słońca.
Potem przeszliśmy się na Benediction. Panowie bez żadnego nadęcia, z powracającym do składu Dave’em Huntem na wokalu, zaserwowali dawkę old-schoolowego death metalu, żartując przy tym z „tribute bandu” grającego obok — mowa oczywiście o Death to All, na którego koncert udaliśmy się chwilę później. Death To All zaczęło od „Living Monstrosity” ze „Spiritual Healing”. Koncert miał skupiać się na tej płycie oraz „Symbolic”, ale nie do końca tak było — otrzymaliśmy całkiem zgrabną przekrojówkę. Starsze płyty reprezentował jeszcze „Zombie Ritual”, tytułowy „Spiritual Healing” i odegrany na końcu „Pull the Plug”, natomiast z nowszej ery usłyszeliśmy „Lack of Comprehension”, „The Philosopher”, „Symbolic”, „Zero Tolerance”, „Crystal Mountain” i „Spirit Crusher”. Warto nadmienić, że zespół wystąpił w składzie: Max Phelps, Gene Hoglan, Steve DiGiorgio i Bobby Koelble. Technicznie bezbłędnie, świetnie było usłyszeć te numery na żywo, trudno też odmówić muzykom pasji i autentyczności — wyszli na scenę z czymś więcej niż tylko z zamiarem odegrania coverów. Pod sceną Park Stage zgromadziły się ogromne tłumy i wiele osób po koncercie wyrażało szczery entuzjazm. Osobiście powiedziałbym, że jestem usatysfakcjonowany w osiemdziesięciu procentach. Death to All dostarczyło doskonały spektakl — pełną nostalgii podróż — ale nie aż tak emocjonalnie angażującą, jakbym mógł tego oczekiwać jako wyznawca Death. Ale to chyba dobrze świadczy o tym niepodrabialnym gościu, który wyczarował te wszystkie dźwięki i któremu ten projekt jest hołdem.
Następnie trzeba było zobaczyć Down — minęło już z dziesięć lat, kiedy ostatnio ich widziałem, i trochę widać ten upływ czasu. Dość powiedzieć, że ulubionym powiedzonkiem Phila na scenie było „good luck for me”. Anselmo jest jednak w całkiem dobrej formie jak na swój wiek, choć kilka czy kilkanaście lat wcześniej był dużo bardziej rozmowny między kawałkami — uderzał wtedy często w rozbudowane, pełne humoru tyrady. Tu tego było mniej, ale i tak prezentował się bardzo prawilnie. Wokalnie również dawał radę, a materiał z „Nola” brzmiał naprawdę wybornie. Wśród wykonanych utworów znalazły się m.in. „Lifer”, „Stone the Crow”, „Ghost Along the Mississippi”, „Pillars of Eternity” czy „Temptation’s Wings”. Kulminacyjnym momentem koncertem był finał „Bury Me in Smoke”, podczas którego na scenie pojawili się muzycy Eyehategod oraz Corrosion of Conformity. Koncert bardzo udany, ale już w jego trakcie zacząłem czuć, że powoli siadają mi baterie, co trochę zakłóciło mi odbiór.
Prawdziwe misterium odbyło się na Electric Wizard. Monumentalna ściana dźwięku i psychodeliczne wizualizacje potrafiły naprawdę pochłonąć. Powolne kompozycje wraz ze swoim przytłaczającym ciężarem generowanym przez przestery nabierały transowego, relaksacyjnego charakteru. Ja jednak nie wszedłem w to głębiej, bo biorąc pod uwagę rosnące zmęczenie (siedem godzin snu przez czterdzieści osiem to już nie przelewki) i fakt, że równolegle w B90 swój występ rozpoczął Today Is the Day — musiałem zmienić rewir.
Steve Austin wyglądał na scenie jak opętaniec, wydając niemal zwierzęce odgłosy i zupełnie nie patyczkując się ze swoją gitarą. Pokręcone zagrywki pełne matematyki, połamane rytmy, chaos przesterów sprawiały, że oczy same się wybałuszały, a dolna szczęka opadała ku dołowi. W drugiej części koncert trochę zwolnił, ale w głowie pozostał całkowicie szalony obraz skrajnej ekspresji, dość eksploatującej w odbiorze. Nie dotrwałem do końca, bo z tyłu głowy kołatał mi rozpoczynający się na głównej scenie Black Label Society.
Pod sceną wielkie tłumy — niektórzy ustawiali się przy barierach na długo przed koncertem. Zakk Wylde to żywa legenda i jeden z najwybitniejszych gitarzystów na świecie; wykonał niesamowitą robotę wraz ze swoim drugim gitarzystą, Dario Loriną. Występ muzycznie i wizualnie pełen rock’n’rollowego rozmachu — uwagę przykuwał statyw mikrofonowy z krucyfiksem i czaszkami, a Wylde często prezentował się na specjalnym podeście. Scenografia nawiązywała do najnowszego albumu „Engines of Demolition” — motywy silników, pomarańczowa kolorystyka. Brzmienie bardzo satysfakcjonujące: selektywne i czyste, a główny sprawca zamieszania wypadł przekonująco również wokalnie.
W trakcie tego koncertu urwałem się na chwilę na melancholijny występ Arð, który ma dość ciekawą wizję doom metalu. Spodziewałem się jednak większej melodyki na gitarach — tutaj największy nacisk był położony na partie katedralnych, wschodnio brzmiących wokali.
Wracając stamtąd ostatkiem sił, zdążyłem jeszcze na drugą część występu Black Label Society. W międzyczasie przegapiłem podobno cover Ozzy’ego „No More Tears” — czego trochę nie mogę odżałować. Zdążyłem jednak chyba na najlepszy fragment: Wylde z drugim gitarzystą toczyli pojedynki na solówki, a najbardziej widowiskowe były partie grane na oślep zza głowy. W programie znalazły się zarówno ciężkie, rock’n’rollowe numery, jak i spokojniejsze fortepianowe ballady. Black Label Society miał jeszcze trochę grać, ale już czułem, że gdybym został dłużej, to musiałbym wracać do domu na czworakach — zawinąłem więc do centrum i do łóżka.
Sobota: Ostatni taniec w stoczniowym piekle
Ostatni dzień przywitał całkiem pogodną aurą. Było na tyle przyjemnie, że wybraliśmy się rodzinnie do Sopotu — spacer po molo, rejs po zatoce, potem obiad we włoskiej knajpie pełnej zieleni. Harmonogram dnia pozwolił mi dotrzeć dopiero na Martyrdöd, który dostarczył skandynawskiej d-beatowej energii w stylu Wolfbrigade. Surowo, chaotycznie, brudno, ale i melodyjnie. Uwielbiam tego rodzaju granie, a Martyrdöd to czołówka gatunku — z naprawdę wyróżniającymi się aranżacjami i siłą bezpośredniości.
Później przeszedłem się bez żadnych oczekiwań, trochę przypadkiem, napić się wody na Turbo — i oglądając ich ze stosunkowo bliskiej odległości, byłem zaskoczony, że uzyskali naprawdę zadowalające brzmienie, co na Main Stage nie jest wcale oczywistością. Dużo mogło zależeć od miejsca, w którym się stało, ale przez pierwsze dwa dni sensownego rewiru nie byłem w stanie znaleźć. A już ostatniego dnia w miejscach, w których wcześniej bywałem dźwięk hulał dużo lepiej, co nie zmienia faktu, że scena Park Stage już kolejną edycję prezentowała się pod tym względem znacznie lepiej. Turbo technicznie całkiem sprawnie, wokalista dysponuje podobną barwą do Kupczyka — generalnie pasuje. Trochę dziwnie wygląda na scenie drugi, „dośpiewujący” wokalista, ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Trafiłem na dwa kawałki z „Awatara” i kiedy się ulatniałem, grali właśnie „Ostatniego Wojownika”.
Później wpadłem na Scour — nowy zespół Phila Anselmo z imponującym składem, w którym grają muzycy znani z Misery Index, Cattle Decapitation czy Agoraphobic Nosebleed. Dość komicznym akcentem był fakt, że Anselmo growlował z kartek na pulpicie — wyglądało to trochę jak karaoke. Muzycznie bardzo intensywnie; szczególnie podobały mi się partie perkusyjne — były tak bardzo w moim guście, że właściwie mógłbym słuchać tylko ich. Kompozycyjnie też nie najgorzej, ale całość wydawała mi się zbyt jednowymiarowa. Stylistycznie ciężko to dookreślić: Anselmo próbuje wrzeszczeć po blackmetalowemu, perkusja jak żywcem wyjęta z Misery Index, riffowo — tygiel BM, hardcore i technicznego death metalu. Generalnie dobry występ, choć łba nie urwało. W połowie uznałem, że więcej się tu niewiele wydarzy, i przeniosłem się dalej.
Na scenie w budynku produkowało się właśnie Harakiri for the Sky, budujące piękny, pełen emocji klimat. Zespół określa siebie jako post-blackmetalowy, ale tego black metalu jest tam jak na mój gust jak na lekarstwo — bardziej osadziłbym to w tyglu post-metalu, post-rocka i post-hardcore’u z blastowanymi fragmentami. Po prostu ładne granie. Gdyby miały na Mystiku grać same takie ładne kapele, to oczywiście bym się porzygał — ale proporcja brzydkich do ładnych wydaje się na tym festiwalu odpowiednia, więc nie zaszkodzi się czasu do czasu pójść odchamić. Pomijając szuflady gatunkowe: sprawne, orzeźwiające granie, długie kompozycje, wszechobecna zabawa melodyką, umiejętne budowanie dramaturgii, mocne kulminacje. Na szczególną uwagę zasługiwało wyeksponowane brzmienie basu — przy zwolnieniach i akcentach brzmiało naprawdę fajowo.
Później przyszedł czas na Mastodon na Main Stage. Wparowałem tam, gdy lecieli już z „Motherload”. Brzmiało to całkiem nieźle — tak jak wspominałem, miałem wrażenie, że tego dnia brzmienie głównej sceny było dużo lepsze niż w poprzednich dniach. Jakieś lekkie fałsze się wkradały, ale i tak lepiej niż się spodziewałem. Potem m.in. „Megalodon”, „I Am Ahab”, „Crack the Skye” i „Blood and Thunder”. Na szczególną uwagę zasługiwały partie Branna Dailora, radzącego sobie jednocześnie ze skomplikowanym graniem i śpiewaniem. Ciekawe były też animacje uatrakcyjniające stronę wizualną. Dla oddanych fanów Mastodona odczuwalny był zapewne brak wieloletniego gitarzysty, niedawno zmarłego Brenta Hindsa, któremu zadedykowano jeden z numerów — zastępujący go Nick Johnston stanął jednak na wysokości zadania.
Później na Desert Stage Septic Flesh przyciągnął niezrozumiale dzikie tłumy. Ominąłem je, żeby złapać końcówkę Bölzera — który rzekomo na początku borykał się z niemałymi problemami technicznymi. Końcówka brzmiała całkiem ok, ale nie był to koncert, który odmienił moje życie. Wizualnie dość specyficzny: mało było widać, bo tak nadymili na scenie, że sylwetka gitarzysty ledwo majaczyła. Przypominało mi to klimat koncertu Beherit rok wcześniej. Koncert oferował doznania zupełnie inne niż to, co działo się na pozostałych scenach — jego wymiar był introspektywny, hipnotyzujący i transowy. Chciałbym ich jednak kiedyś zobaczyć w warunkach większego skupienia, nie latając między scenami ciągnąc wszystkie możliwe sroki za ogon.
Koncert Saxon w dużej mierze przegapiłem, zagadując się ze znajomymi. Docierały do mnie jednak świetne dźwięki z Park Stage i kiedy dotarłem na końcówkę, bardzo żałowałem, że tak późno. Świetnie nagłośniony koncert, wspaniałe klasyczne melodie pełne pasji, piękne sceny starszych panów bawiących się wyborną muzą. Byłem pod dużym wrażeniem ich formy — pięćdziesiąt lat na scenie, Biff Byford ma już siedemdziesiąt pięć lat, a kondycja mistrzowska, jakby ten heavy metal ich konserwował. Nie wyglądali też na takich, którzy myślą o emeryturze — sprawiali wrażenie, jakby mieli ochotę wrócić z występami do Polski. A ten koncert udowodnił, że warto się na nich wybrać.
Po ich secie nastąpiło pospolite ruszenie — pół festiwalu tłumnie zmierzało na występ formacji Adama vel Holokausto. Ja wybrałem się w odwrotną stronę, bo w zadymionym B90 Gaahls Wyrd właśnie roztaczał aurę grozy. Występ grupy dowodzonej przez legendarnego Gaahla — byłego wokalistę Gorgoroth — był z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń blackmetalowych całego festiwalu. Sobowtór Janusza Korwin-Mikkego dał radę, roztaczając specyficzną aurę i prezentując pełną gamę barw wokalnych. Muzycy tego projektu sięgają po dużo wolnych, posępnych, klimatycznych partii, które wypadały najkorzystniej. Zupełnie nie siedziały mi natomiast czyste zaśpiewy, których było sporo na początku, co mnie nieco zniechęciło. Wyszedłem więc na dużą scenę, ale po chwili dostałem takiego ataku zimna, że trzęsąc się ratowałem się odwrotem do B90. Dogrzewając organizm, obejrzałem sobie jeszcze trochę Gaahls Wyrd — i po powrocie siedziało mi to lepiej. Może trafiłem na lepsze numery (m.in. cover Gorgoroth)? Może było mniej tego wycia? W każdym razie Pomalowany Pan zaprezentował bardzo szeroki wachlarz umiejętności wokalnych — najlepsze wrażenie robiły imponujące skrzeki i wysokie odgłosy.
Udało mi się w końcu dotrzeć na Main Stage, gdzie show ferajny Mr. Holokausto wkraczało w decydującą fazę. Trzeba oddać, że produkcyjnie był to spektakl na bardzo wysokim poziomie: pirotechnika, kostiumy, ogólny rozmach, brzmienie dopieszczone do granic możliwości — chyba najlepsze podczas całego festiwalu na Main Stage; brzmienie partii basu gniotło niebywale. Wyjątkowy był moment, gdy muzycy przeszli przez tłum na dach reżyserki, by stamtąd wykonać cover Bathory. Ciekawie się tego słuchało właśnie z tamtej perspektywy: kiedy całość muzyki docierała z głównej sceny, z dachu reżyserki dochodził do publiki dźwięk jednego tylko talerza. Większość setu zdominowały utwory z ostatnich płyt — ze starszych zarejestrowałem „Chant for Eschaton 2000″ i „Ov Fire and the Void”. Cóż, jak już wspomniałem — nie można Behemothowi odmówić widowiskowości i wysokiego poziomu produkcyjnego, ale to nie jest mój metal. Stylistycznie leży właściwie poza sferą moich zainteresowań, a poza tym dużo lepiej odbieram muzykę bez tego rodzaju otoczki – kiedy kolesie wyglądający jak Ty czy ja wychodzą na scenę i nie potrzebują kostiumów, jasełek, wystudiowanych póz ani groteskowych przemówień między numerami, żeby miażdżyć. Behemoth jest tego całkowitą odwrotnością. Obok tego, co obiektywnie stanowi o wartości tego zespołu, jest on od dawna synonimem egzaltacji, taniego patosu, przerostu formy nad treścią i gimnazjalnej kontrowersji — i z tego powodu nigdy nie byłem i nie będę jego fanem.
Festiwal zamknął występ The Gathering, który słyszałem z ogródków piwnych. Głos Anneke van Giersbergen brzmiał świetnie, ale zabrakło mi już siły i weny, by udać się pod scenę. Trochę żałuję — ale może jeszcze gdzieś będzie okazja ich namierzyć.
Podsumowując: Mystic Festival 2026 to kolejna niezwykle udana edycja, która w wielkim stylu zwieńczyła historię tej imprezy na terenach Stoczni Gdańskiej. Choć pożegnanie z unikalnym, industrialnym klimatem surowych murów i historycznych żurawi ma dla wielu wymiar nostalgiczny, festiwal udowodnił, że jego prawdziwa siła tkwi w jego różnorodności, przyjacielskiej społeczności i atmosferze, która czyni to wydarzenie wyjątkowym. Mimo ogłoszonej przeprowadzki na Letnicę Mystic bez wątpienia pozostanie jednym z najciekawszych punktów na koncertowej mapie Europy — co gwarantuje jego doskonałe położenie w sercu Gdańska, jednego z najpiękniejszych polskich miast, nierozerwalnie związanego z Bałtykiem, nad który zawsze wraca się z ogromną chęcią i ten festiwal jest bardzo dobrym do tego pretekstem.
Warto zresztą pamiętać, że Mystic to od dawna nie tylko same koncerty, ale potężny organizm kulturalny z masą wydarzeń towarzyszących. Tegoroczny program pękał w szwach: od projekcji filmowych w kinie festiwalowym, przez warsztaty gitarowe, perkusyjne i wokalne, aż po… pokazy wrestlingu. Chciałem w tym roku dotrzeć również na panele dyskusyjne, ale umówmy się – natężenie i tempo tej imprezy są tak ogromne, że fizycznie nie da się ogarnąć wszystkiego.
Z mojej subiektywnej perspektywy składy festiwalu z wcześniejszych lat, szczególnie edycji w 2023 i 2025, na których byłem, wydawały mi się nieco bardziej porywające pod kątem zestawienia nazw, ale tegoroczna edycja również była udana. Wracam do domu przygłuchy, z kolanami pamiętającymi każdą godzinę spędzoną na twardych posadzkach Stoczni i głową pełną dźwięków, które jeszcze przez kilka dni będą wybrzmiewać gdzieś w tle. Mystic Festival za rok przeniesie się na Letnicę — może będzie przestrzenniej, może wygodniej, może nawet głośniej. Ale ten specyficzny industrialny duch zmieszany z riffami, który przez cztery dni wisiał nad Stocznią — tego się nie przeniesie. I to jest w porządku. Niektóre rzeczy powinny zostawać tam, gdzie było ich miejsce i czas.