Immolation – Descent [2026]
Recenzja

Immolation – Descent [2026]

Marcin Kwieciński 10 maja 2026

Kiedy po prawie czterdziestu latach na scenie zespół taki jak Immolation wydaje dwunasty album, można by się spodziewać, że usłyszymy echa zmęczenia materiału lub bezpieczne odcinanie kuponów od legendy nowojorskiego death metalu. Nic z tych rzeczy. „Descent” to czterdzieści dwie minuty sonicznej klaustrofobii i dusznej, smolistej atmosfery, która udowadnia, że Ross Dolan i Robert Vigna wciąż potrafią przywołać wizję piekieł skuteczniej niż jakikolwiek młody adept ekstremy.

Już otwierający album „These Vengeful Winds” uderza niczym podmuch nadciągającej burzy, łącząc żałobną melancholię z technicznym opętaniem riffów Vigni. To nie jest bezmyślna rąbanka; to misternie tkana sieć dysonansów, w której każdy dźwięk wydaje się być wygięty pod odpowiednim kątem. Prawdziwe trzęsienie ziemi nadchodzi jednak przy „God’s Last Breath”. Ten utwór to monolityczny, walcowaty kolos, który w pewnym momencie serwuje fragment tak ciężki, że mógłby kruszyć beton, a growl Dolana brzmi tu jakby wydobywał się prosto z najgłębszych czeluści podziemnej odchłani.

Immolation na „Descent” bawi się dynamiką w sposób mistrzowski, czego najlepszym przykładem jest „Host”. Utwór zaczyna się od plemiennych, rytualnych bębnów, które budują transowy nastrój, by po chwili eksplodować w kakofonię szaleńczych solówek i gościnnych wrzasków Dana Lilkera. Bębniarz to zresztą osobna historia – jego rozwiązania i sposób, w jaki akcentuje niestandardowe podziały, sprawiają, że sekcja rytmiczna brzmi naprawdę niszczycielsko.

Zaskoczeniem na płycie jest z pewnością „Banished” – instrumentalny powiew świeżości, gdzie fortepian i wiolonczela malują majestatyczne obrazy, wprowadzając nas w finałowy, tytułowy utwór, który domyka całość z nihilistyczną gracją.

Lirycznie zespół diagnozuje ludzki upadek, czerpiąc inspirację z beznadziei dzisiejszych podziałów politycznych i społecznego strachu. To album o nieuchronnym schodzeniu w dół, gdzie jedynym światłem jest blask pożarów na horyzoncie.

 „Descent” nie próbuje na nowo wymyślać koła, ale ma szansę stać się jednym z najbardziej ulubionych moich albumów w dorobku Amerykanów.  Formuła Immolation wydaje się tutaj tak doszlifowana, że trudno nie uznać tego za ich jedno z  najmocniejszych uderzenie od długiego czasu.  Jeśli tak ma brzmieć koniec świata, to Immolation zapewniło idealną ścieżkę dźwiękową do ostatniego tańca w gruzach.

Znalazłeś błąd lub chcesz zaproponować poprawkę?

Napisz do redakcji
Plakaty

Promowane plakaty