Piętnaście lat czekania na nową płytę Social Distortion to szmat czasu, w którym świat muzyki wywrócił się do góry nogami, ale Mike Ness najwyraźniej nic sobie z tego nie robi. Album Born To Kill to dla fanów moment prawdy – odpowiedź na pytanie, czy zespół o tak głębokich korzeniach w punk rocku lat siedemdziesiątych wciąż ma nam coś ciekawego do powiedzenia. Już przy pierwszym przesłuchaniu słychać, że Ness nie zamierza się zmieniać pod dyktando współczesnych trendów. To wciąż ta sama, genialna mieszanka surowego amerykańskiego rocka, która stała się ich wizytówką. Zamiast silić się na nowoczesne efekty czy sterylną produkcję, zespół postawił na szczerość i oszczędne środki. Brzmienie jest zwarte, niewymuskane, gitary niewymyślne, a wokal Mike’a wysunięto na pierwszy plan, dzięki czemu każde słowo wybrzmiewa z odpowiednią siłą.
Na tej płycie nikt nie próbuje wyważać otwartych drzwi ani gonić za tempem młodych kapel. Social Distortion operuje raczej w umiarkowanych rejestrach, budując napięcie za pomocą powtarzalnych, niemal hipnotyzujących riffów. Najlepsze momenty to te, w których punkowa energia spotyka się z czystym, rzemieślniczym rock’n’rollem – jest w tym pewna przewidywalność, ale to ten rodzaj przewidywalności, który daje poczucie obcowania z czymś autentycznym i naturalnym. Born To Kill nie jest stylistyczną rewolucją i z pewnością nie taki był cel. W zalewie plastikowych produkcji Social Distortion udowadnia, że siła może tkwić również w prostocie i rzemieślniczej solidności.