Grecka scena blackmetalowa zawsze miała swój specyficzny sznyt i Yoth Iria na Gone with the Devil próbuje ten charakter utrzymać, jednocześnie szukając nieco innych dróg ekspresji. Materiał jest reklamowany jako najbardziej zróżnicowany w dorobku grupy i faktycznie przy pierwszym kontakcie słychać, że muzycy idą w stronę bardziej rozbudowanych form. Nie jest to black metal nastawiony wyłącznie na agresję, ale raczej na budowanie gęstego, dusznego klimatu za pomocą środków typowych dla sceny helleńskiej.
Nagranie charakteryzuje się selektywną produkcją, która pozwala docenić warsztat muzyków. Instrumentarium nie zlewa się w ścianę dźwięku, co w black metalu bywa rzadkością. Gitary operują mrocznymi, ale mocno melodyjnymi motywami, a perkusja pracuje tak, aby unikać mechanicznej powtarzalności. Realizacja nagrania stawia na przestrzeń, co dodaje kompozycjom ciężaru, ale tego wynikającego z atmosfery, a nie tylko z głośności. Mix jest czysty, co pasuje do eksploracyjnego charakteru tego wydawnictwa. To tutaj najlepiej słychać wspomnianą różnorodność, gdzie szybkie partie przeplatają się z momentami zwolnienia i wręcz rockowej dynamiki.
Kompozycje są przemyślane, a przejścia między poszczególnymi fragmentami nie sprawiają wrażenia wymuszonych. Słucha się tego z przyjemnością. Dominują wokale surowe, dobrze korespondując z warstwą instrumentalną, ale nie brakuje też czystych partii męskich, jak i żeńskich- wystarczy przywołać chociażby promowany „The Blind Eye of Antichrist”, w którym partie brzmią bardzo wschodnio, budząc niemal skojarzenia z zaśpiewami ludowymi, prawosławnymi. Mimo tego, nie ma tutaj poczucia cepelii, zespół unika tanich chwytów, stawiając na rzetelną budowę napięcia i balans pomiędzy black metalem, bardzo dobrze zagranym rockiem, a tego typu elementami jest bardzo dobrze wyważony.
Gone with the Devil to album, który pokazuje dojrzałość Yoth Iria i ich chęć ewolucji. Plasuje to wydawnictwo w czołówce współczesnego, nowoczesnego greckiego metalu, oferując słuchaczowi coś więcej niż tylko nostalgię za latami dziewięćdziesiątymi. To solidna propozycja dla tych, którzy w czarnej sztuce szukają eklektyzmu, głębi i precyzji wykonawczej. Zespół nie wymyśla gatunku na nowo, ale potrafi tchnąć w niego trochę świeżości przy zachowaniu odpowiedniego mroku. Zdecydowanym minusem płyty jest jednak dość zabawna okładka, która nie koresponduje właściwie z zawartością.